Pokazywanie postów oznaczonych etykietą produkt przesłany w ramach współpracy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą produkt przesłany w ramach współpracy. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 stycznia 2016

Lato w tubce czyli produkty Vita Liberata.



Uwielbiam wszelkiego rodzaju produkty nadające opaleniznę. W solarium nie bywam a latem staram się zawsze nakładać filtr, nie zmienia to jednak faktu, że lekko opalona skóra wygląda lepiej. Jako typowy bladzioch czasem muszę naturze pomóc. Dziś opowiem Wam o produktach które testuję już od dłuższego czasu i mimo wyyysokiej ceny są warte uwagi - na myśli mam markę Vita Liberata.

Dostałam od marki do przetestowania 3 produkty - dziś opiszę dwa bo one nadają mojemu ciału zmysłowy opalony wygląd - Luxury tan pHenomenal 2-3 week Self Tan Lotion MediumFabulous Gradual Tan Lotion.

To co wyróżnia markę to organiczne składniki - naturalne z certyfikatami, ekstrakty roślinne oraz nawilżająca bezzapachowa formuła.



Zacznę od  Luxury tan pHenomenal 2-3 week Self Tan Lotion Medium - producent obiecuje, że produkt będzie dawał długotrwałą złocistą opaleniznę, technologia pHenoO2 ma zapewnić aż 4 razy dłuższy efekt niż zwykłe samoopalacze. Do tego produkt ma nawilżać naszą skórę aż do 74h bez nieprzyjemnego zapachu. Dzięki lekkiej formule produkt może być używany nie tylko do ciała ale także do twarzy.




Jak pierwszy raz wycisnęłam produkt na rękawicę lekko się przeraziłam. Dość ciemna maź budziła moje wątpliwości. Nałożyłam produkt okrężnymi ruchami - tak zaleca producent. Zabarwienie skóry było mocno widoczne, ale z czasem stosowania zrozumiałam, że jest to spore ułatwienie w aplikacji. Mam pewność,że produkt rozłożony jest równomiernie. 

Nakładam go zawsze na noc tak aby rano wziąć prysznic. Niestety ma skłonność do lekkiego odbarwiania ubrania w miejscach gdzie przylegają mocno do ciała, bez problemu plany domywają się podczas prania. Nie powiedziałabym, że nie czuć typowego dla samoopalaczy zapachu spieczonego kurczaka ale jest on zdecydowanie mniej intensywny niż w przypadku innych produktów jakich używałam.




Najważniejsze jest jednak działanie! Producent zaleca 3-krotną aplikację w ciągu 12 - 24 h - ja tego się nie trzymam. Stosuję go co kilka dni tak aby efekt się utrzymywał ale był naturalny, nie zależy mi na mocnym efekcie jak po wakacjach w tropikach ;). Zgodzę się z tym, że jest to złocista, pięknie wyglądająca opalenizna. Skóra wygląda bardzo naturalnie i nie ma efektu przesuszenia. Nie używałam go na twarz - jakoś nie miałam odwagi, ale na ciele spisuje się rewelacyjnie. Cena wysoka - 169,00zł ale wydajność na plus. 



Drugim produktem jest Fabulous Gradual Tan Lotion -  formuła lotionu zawierająca Aloe Vera oraz Masło Shea łagodzi i intensywnie nawilża skórę równocześnie nadając  jej  stopniowy i delikatny efekt muśnięcia słońcem który utrwala się w ciągu 4 - 8 godzin.

Produkt bez koloru o przyjemniej konsystencji. Do jego nakładania nie używam rękawicy, zaraz po aplikacji myję dokładnie ręce. Daje delikatniejszy efekt niż produkt wcześniej opisany. Sięgam po niego częściej bo nakładam go głównie na twarz, dekolt i szyję - zwłaszcza teraz w porze zimowej. Uzyskuję nim bardzo naturalny i delikatny efekt ładnej opalenizny - nie wyglądam jak po użyciu samoopalacza. Na początku miałam obawy przed nałożeniem na twarz, po kilku aplikacjach zauważyłam, że sprawdza się świetnie. Po wykończeniu tej tuby na pewno kupię kolejną! Cena może i nadal wysoka - 79,00zł ale ta wydajność i działanie a przede wszystkim skład sprawiają, że nie będzie mi żal wydanej każdej złotówki.



Porzuciłam uwielbianą wcześniej ziaję na rzecz produktów Vita Liberata i zakochałam się w nich na tyle mocno, że nawet wysoka cena nie odstrasza mnie przed ich zakupem. Mam piękną naturalną opaleniznę i nawilżenie, którego często brakuje produktom tego typu. Produkty Vita Liberata dostępne są w Sephorze.



















Sięgacie po tego typu produkty? Czym się kierujecie przy wyborze?

poniedziałek, 19 października 2015

Przegląd nowych cieni Kobo.



Cieni u mnie nigdy nie za wiele - dziś przychodzę do Was z nowymi kolorami cieni Kobo. Od razu urzekły moje serce swoimi odcieniami!




Nic mnie tak nie cieszy jak nowe odcienie beżów i brązów! Na dodatek lubię cienie Kobo ze względu na jakość. Jeśli już mam kupić pojedyńczy cień to najczęściej sięgam po markę Mac, Inglot i Kobo. Niestety Mac jak Inglot, a zwłaszcza pierwsza marka nie należą do najtańszych. Niestety drogerie Nature mam daleko od swojego miasta, ale bywając w niej przy okazji wypadów kinowych odwiedzam szafę Kobo. Kultowy cień Rose Gold chyba każdy zna!


Nie dawno dostałam przesyłkę z nowościami z drogerii Natura a wśród nich cienie które od razu pokochałam i kilka z nich namiętnie używam codziennie! Wszystkie są satynowe, lekko perłowe.




215 True beige - cielisty kolor, delikatnie rozświetlający. Idealny na cała powiekę a zwłaszcza pod łuk brwiowy. Bardzo naturalny kolor.

216 Mocha latte - uwielbiam go! nadal cielisty ale już odrobinę ciemniejszy, cieplejszy lekko wpadający w brąz - faktycznie taka mocha latte. Nie jest mocno zauważalny na powiece ale ładnie wyrównuje jej koloryt i minimalnie przyciemnia. Daje ładny a nienachalny blask. To taka perłowa wersja cienia Era marki Mac.

217 Pastel peach - jeśli uwielbiacie cień Rose Gold marki Kobo to ten także pokochacie - to taki jego delikatniejszy odcień, nie daje aż tak mocnego odbicia złota ale lekka poświata jest. Taka różo-brzoskwinka.

218 - Red brown - brąz z poświatą czerwonego. Delikatny, sprawdzi się do dziennych makijaży. Widać go na powiece ale jest to subtelny efekt. 

















219 Star anaise - ciemniejszy brąz, po roztarciu widać lekka różową nutę. Bardzo przypomina mi kultowy Satin taupe z Mac'a.

220 Glam bronze - wow cudny i niepowtarzalny odcień! W opakowaniu zdaje się być bardzo ciemny. Po nałożeniu i roztarciu z brązu zaczynają się uwidaczniać lekki zielone a w zasadzie takie khaki tony. Uwielbiam takie odcienie do mocniejszego makijażu - fantastycznie uwidaczniają niebieskie tony w mojej niebiesko-zielonej tęczówce.

221 Star blue - piękny kobaltowy ocień niebieskiego. Idealny dla brązowej tęczówki. Szalenie mi się takie odcienie podobają, niestety gaszą mój kolor tęczówki i nie wyglądam w nim w dobrze. Co nie zmienia faktu, że jest piękny!

222 - Amethyst - to już bardziej kolor dla mnie. Takie fiolety idealne są zarówno dla niebiesko, zielono jak i brązowookich! 

A Wam który kolor najbardziej przypadł do gustu? Lubicie cienie Kobo? 



wtorek, 13 października 2015

Nowy True Match od L'oreal - moja opinia.


Od pewnego czasu jest wielkie boom z podkładami L'oreal True Match - na rynku pojawiła się ich nowa wersja a w zasadzie odsłona. Miałam okazję jako blogerka otrzymać je do przetestowania - najwyższy więc czas je ocenić.



Miałam już wcześnej "trumacza" kupionego trochę na chybił trafił bo w wachlarzu kolorów i odcieni sama nie widziałam czy wybieram dobry. Tym razem mamy do wyboru 9. Ja dostałam te do jasnej karnacji - co bardzo mnie ucieszyło.




Podkład tak samo jak stara wersja posiada SPF 17. Bardzo dobrze się rozsmarowuje. Daje lekkie do średniego krycia. Patrząc na opakowanie widać w nich taką brokatową złotą poświatę, nie jest ona jednak zauważalna na twarzy. Ma ładny bardzo lekko wyczuwalny zapach, którego nie czuć nosząc go na twarzy.

Nowe opakowanie z pompką chyba trochę mniej mi odpowiada niż stare, ciężej wycisnąć odpowiednią ilość, niestety trochę brudzi się zatyczka od środka. Nie wpływa to na jakość - jest jedynie takim moich czepialstwem ;)




Kolory to duży plus bo bladziochy i ciemniejsze cery znajdą coś dla siebie. Mnie w tym momencie najbardziej odpowiada kolor po środku czyli 2 N vanilla. Równie dobry jest dla nie kolor jaśniejszy i ciemniejszy, bo i tak zawsze mieszam go z kremem do twarzy - klik 




Często sięgam po te podkłady co świadczy o tym, że przypadły mi do gustu. Ładnie wyrównują kolory mojej cery nie obciążając jej zbyt mocno. Pod koniec moja tłusta cera niestety się świeci ale to już norma. Gama kolorystyczna jest spora a same odcienie dobre dla polek.











A Wy który byście wybrały dla siebie? Miałyście starą wersję? może używałyście już nowej - podzielcie się swoją opinia?


poniedziałek, 21 września 2015

Śliwka? borówka? a może bakłażan? Nie - to Off Beat marki Orly!



Ten kolor od początku skradł moje serce - czyż nie jest cudny? Mowa dziś będzie o Off Beat z najnowszej kolekcji Orly - In the mix!


Ciężko go przyrównać bo kolor jest bardzo specyficzny i niejednoznaczny! Przyłożony do fioletu zdaje się być różowy, przy różu uwydatniają się jego fioletowe tony! Zmienia się także w zależności od światła które na niego pada - to co jest pewne - jest przepiękny!



Fantastycznie się rozsmarowuje po płytce paznokcia - już pierwsze warstwa daje ładny kolor. Nie wiem czy coś Orly zmieniło ale nowa seria charakteryzuje się jeszcze lepszą jakością.


Od ponad tygodnia noszę go na swoich stopach i trzyma się - pomimo długich kąpieli - cały czas w niezmiennym stanie. Lekko starł się przy końcówkach od noszenia butów. Dla mnie to i tak bomba!




Lakier ma ładny połysk, nie smuży przy rozprowadzania, jest dość wodnisty ale nie spływa przy nakładaniu. Błyskawicznie wysycha. Nałożyłam 2 warstwy. Zauważyłam, że im ich więcej tym kolor na paznokciach lekko ciemniejszy.


Szalenie mi się podoba na moich dłoniach i stopach. Mam wiele lakierów w takich tonacjach ale ten jest najpiękniejszy!


A Wam jak się podoba? Też skradł Wasze serce?

środa, 9 września 2015

Nowa kolekcja lakierów Orly - In the mix + rozdanie!





Lato się kończy... ale kolor na paznokciach wcale nie musi być jesienny! Nowa kolekcja lakierów Orly - In the mix jest intensywna i nadal wakacyjna. Trzy lakiery mam dla Was!







Kolekcja jest o tyle urozmaicona, że sprawdzi się dla osób lubiących jaśniejsze i ciemniejsze odcienie. Ten zestaw idealnie wpasowuje się w moje upodobania - jest też cudny top dzięki któremu możemy zmieniać nasze manii. 








Freestyle - różowy łosoś, subtelny ale z lekkim pazurem.


Electropop -
intensywny i dość ciemny róż - będzie cudowny jeśli nadal macie letnią opaleniznę.

Turn It Up - to typowy top z masą kolorowego konfetti! zawiera mniejsze i większe drobiny.

Off Beat -
przepiękna oberżyna! ten kolor od razu podbił moje serce!

Indie
- marynarski - to pierwsze skojarzenie jakie z nim mam.

Midnight Show - dość ciemny ale bardzo szlachetny niebieski.

Moje serce najbardziej podbił - Off Beat oraz Indie ale po nałożeniu na swoje paznokcie Midnight Show sama już nie wiem, który jest moim faworytem!

Trzy lakiery są dla Was! Zapraszam się do wzięcia udziału w rozdaniu - napiszcie koniecznie, które kolory najbardziej Wam się spodobały!!





Udział w rozdaniu będą mogły brać osoby które publicznie obserwują blog a także osoby które "Lubią"  fan page bloga na Facebooku . Jeśli zarówno obserwujesz bloga jak i "lubisz" FP wypełnij formularz 2 razy - masz zdwojoną szansę!A co dokładnie musisz zrobić aby wygrać??
 

  •  Jeśli jesteś publicznym obserwatorem bloga: w formularzu zgłoszeniowym podaj nick obserwatora publicznego bloga
  • Jeśli „lubisz” stronę bloga na portalu społecznościowym Facebook – w formularzu zgłoszeniowym podaj imię i nazwisko/nick, pod którym „Lubisz” bloga oraz polub post konkursowy na FB, napisz komentarz „Biorę udział” i jeśli chcesz udostępnij publicznie na swoim koncie ogłoszenie konkursowe. 
  • podaj w formularzu aktualny adres e-mail.
Link do rozdania na facebooku - klik

Rozdanie trwa do 20.09.2015 do 23:59.

Zwycięzca wyłoniony zostanie poprzez losowanie a wyniki zostaną ogłoszone na blogu w ciągu 7dni. 
Nagroda zostanie przesłana na przeze mnie na podany adres  - nie podlega wymianie/reklamacji. Wszelkie próby oszustwa będą oznaczały dyskwalifikacje!! Jeśli nie jesteście osobami pełnoletnimi spytajcie rodziców czy możecie wziąć udział i w razie wygranej udostępnić mi swój adres. 
Wysyłka tylko na Polskę.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Kawowe paznokcie - Country club khaki - Orly.


 
Uwielbiam nudziaki a jeszcze rok temu sięgałam po ciemniejsze odcienie. Cały czas poszukuje idealnych kawowych odcieni bo z takimi czuję się najlepiej - dziś mam okazję przedstawić Wam cudowny Country club khaki - Orly.



 

Lakier ma przepiękny kawowy odcień, który nie sprawia, że dłonie wyglądają jak u kościotrupa pomimo, że jest to dość chłodny odcień. To taki brąz z lekką nutą fioletu. Nie zawiera drobinek i daje ładną taflę koloru.

Jest to jasny odcień ale o dziwo już przy pierwszej warstwie daje dość mocne krycie. Ja zawsze nakładam dwie bo lubię gdy płytka jest lekko pogrubiona.




Jest dość gęsty ale bardzo dobrze się rozprowadza i błyskawicznie wysycha - nie robi smug. To co lubię w lakierach Orly to gumowa rączka od pędzelka - znacząco ułatwia nakładanie.
 


 

Jest to taki subtelny a jednak widoczny kolor na naszych dłoniach. Będzie idealny do pracy a także jako lakier podkładowy po wszelkiego rodzaju brokatowe topy - cudownie wygląda w połączeniu ze złotymi lub białymi drobinkami.

Utrzymuje się u mnie cały tydzień aż do zmycia, lekko wyciera się tylko na końcach ale nie znalazłam jeszcze lakieru - pomijając hybrydę - który tego nie robi.

To co mnie w nim zachwyca to właśnie kolor, który bardzo przypadł mi do gustu - jeśli tak jak ja lubicie takie nudziaki - będziecie z niego zadowolone.





Dajcie koniecznie znać jak Wam się podoba!

czwartek, 6 sierpnia 2015

Push the limit - odważne mani z Orly!



Kiedy mamy nosić takie odważne mani jak nie w lato! A za oknem słońce w pełni - wakacje trwają! Stawiam więc na mocny neonowy kolor! Dziś przedstawiam Wam Orly Push the limit z kolekcji  
Adrenaline rush od której pisałam już wcześniej - klik.



 
To bardzo mocno neonowy pomarańcz który strasznie ciężko się fotografuje - niestety nie jestem więc w stanie oddać go na zdjęciu tak jak bym chciała. Przyciąga każde oko ale zdaję sobie sprawę, że nie każda z Was może czuć się komfortowo nosząc taki rażący odcień.



 
Lakier mino intensywnego odcienia wymaga nałożenia minimum dwóch a nawet trzech warstw. Dobrze się rozprowadza i nie smuży. Nie jest zbyt gęsty przez co błyskawicznie zastyga na paznokciach.






Ocenę koloru pozostawiam Wam choć jak już pisałam wyżej na zdjęciu nie wygląda tak żywo jak w rzeczywistości. Ja osobiście takie kolory wolę nosić na stopach - na dłoniach jest dla mnie zbyt mocny i zauważalny. Jest idealny na wakacyjne wyjazdy jednak w pracy stawiam na bardziej stonowane odcienie. 















Dajcie znać czy lubicie takie żarówy?


niedziela, 2 sierpnia 2015

Ulubione pędzle z włosia naturalnego marki Kavai.


Pędzle Kavai rozkochały mnie w sobie bardzo, mam ich całkiem sporą kolekcję wśród której są pędzle z włosia naturalnego i syntetycznego. Dziś opowiem Wam o ulubionych z włosia naturalnego. Jeśli jesteście ciekawe o których egzemplarzach mówię zapraszam do dalszego czytania.



Wszystkie pędzle są z białego włosia. Każdy jest niezwykle miękki i delikatny. Czyściłam je już wielokrotnie i zachwycona jestem nie tylko rodzajem włosia ale i trwałością wykonania. Pędzle pochodzą ze sklepu puderek.com.pl - niże przy ich opisie dodałam linki do każdego z nich bezpośrednio.

Kavai 21 - o tym pędzlu już wcześniej pisałam TUTAJ i moje zdanie na jego temat dalej jest niezmienne. Jest dość spory, lekko spiczasty. Idealny do nakładania pudru sypkiego i prasowanego na całą twarz. Cena 47,20zł - klik.

Kavai 19 - jest dość mały przez co bardzo precyzyjny. Można nakładać nim puder w miejsca trudniej dostępne oraz konturować policzki. Ja uwielbiam używać go do nakładania rozświetlacza. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby go zabraknąć - jest świetny i gorąco Wam go polecam. Cena 25,60zł - klik.

Kavai 87 - mam w swoich zbiorach kilka pędzli tego typu - uważam, że to model uniwersalny i każdy powinien go mieć. Nadaje się do rozcierania cieni ale ja używam go do nakładania cienia na całą powiekę. Ma dość długie włosie, jest bardzo miękki i używanie go jest przyjemnością. Cena 17,20zł - klik.

Kavai 20 - na początku zdawał mi się zbędny ale jak zaczęłam go używać odkryłam jego fenomen. Jest specyficzny i przeznaczony do konkretnego celu. Używam go do konturowania, do nakładania rozświetlacza także się sprawdzi. Cena 29,90zł - klik.


Znacie te pędzle? Który spodobał Wam się najbardziej?

sobota, 1 sierpnia 2015

The Balm Cindy-Lou Manizer - warta uwagi?

http://kosmetykomania.pl/product-pol-2422-the-Balm-CINDY-LOU-Manizer-Rozswietlacz-8-5g.html

Jestem zakochana po uszy w jej siostrze czyli Mary o której możecie poczytać TUTAJ ale co sądzę o Cindy? czy aby jest tak samo cudowna? zapraszam na moją recenzje! 



Zamknięta w poręcznym opakowaniu z bardzo przydatnym i świetnym jakościowo lusterkiem. Jedyny minus to dość ciężkie otwarcie - za każdym razem mam obawy czy nie zniszczę sobie swojego mani.



Konsystencja jedwabista - taka lekko mokrawa. Nie pyli i fantastycznie nabiera się zarówno na pędzel jak i palec.  Opakowanie zawiera 8,5 gr produktu co jest sporą ilością nawet przy codziennym używaniu jest to produkt bardzo wydajny. Pojemność to spory atut.


Najważniejszy w tego typu produktach jest jednak efekt oraz trwałość. I tutaj jest lekkie rozczarowanie związane z moimi upodobaniami. Co do trwałości nie mam zastrzeżeń - trzyma się prawie cały dzień i widać efekt na policzkach. To co subiektywnie nie do końca przypadło mi do gustu to kolor. W opakowaniu Cindy wydawać się może taka dość cielista, po rozsmarowaniu daje różową poświatę - ciężko to uchwycić na zdjęciach więc musicie mi wierzyć na słowo. Ma bardzo mocno zmielone i nie odznaczające się drobiny w różowym kolorze. Lubię ciepłe odcienie takie wpadające w żółć ale już chłodniejsze czyli róże, srebra czy chłodne biele niestety nie komponują się z moją karnacją zbyt dobrze.

Jak po zastosowaniu Mary wyglądam świeżo i promiennie tak przy Cindy wyglądam na zmęczoną
. Taka różowa poświata podoba mi się na innych ale już na sobie niekoniecznie.

Pigmentacja jest intensywna i wystarczy odrobina produktu
aby efekt był widoczny. Nie odznacza się na miejscu nałożenia - zauważalna jest różowa poświata.

Produkt można używać jako cień, na policzki a także na całe ciało jeśli tylko lubicie różowe tony.


Moja pochodzi ze sklepu internetowego kosmetykomania.pl - Klik i jest właśnie w promocji za 67,90zł. Przy sporej wydajności jest to bardzo dobra cena choć wysoka.

Nie pobiła mojej ukochanej Mary ale jeśli lubicie subtelny różowy błysk na swoich policzkach na pewno ją polubicie.

 

Dajcie koniecznie znać czy ja macie i co o niej sądzicie!

poniedziałek, 27 lipca 2015

Beauty Blender - cudowna gąbęczka czy może zbędny gadżet?

O tej kultowej gąbeczce słyszeli już chyba wszyscy. Ja też, ale dopiero niedawno miałam okazję poznać ją osobiście i dziś opowiem Wam o moich przemyśleniach. Czy warta jest swojej ceny i niezbędna w naszej kosmetyczce??

Czym jest ten produkt chyba nie muszę pisać no nie? Dla tych z Was które widzą ja pierwszy raz napiszę, że jest to gąbeczka wykonana ze specjalnego materiału mająca za zadanie ułatwienie nakładania podkładu oraz wszelkiego rodzaju płynnych produktów na naszą twarz. Przed użyciem trzeba namoczyć ją w wodzie - zwiększa wtedy swoją objętość.

Jakie są moje wrażenia z używania BeautyBlendera? Zdziwił mnie jej rozmiar - gdy jest sucha wydaje się być bardzo mała - przez myśl mi przeszło, że może mam jakąś mniejszą wersję. Po namoczeniu w wodzie sporo się zwiększyła i faktycznie przybrała rozmiar taki jaki często oglądałam na blogach czy filmikach na YT.
 


Gąbeczka jest bardzo miękka i sprężysta. Zdecydowanie zbyt przyjemniejsza niż klasyczne gąbki do makijażu. Czuć, że jest to inny materiał bo nie jest taka gumowata. Jest dość porowata przez co pochłania więcej podkładu w porównaniu do ilości nakładanej palcami ale nie uważam tego za wadę - pędzle także pochłaniają jakąść część i jest to normalne.

Najważniejszy jednak jest efekt! daje przepiękne wykończenie każdego rodzaju podkładu - tego mocno kryjącego a także lekkiego. Wydaje mi się, że ma na to wpływ lekka jej wilgotność oraz niewątpliwie materiał z jakiego jest wykonana. Zazwyczaj używam jej stemplując kawałek po kawałku. Sprawdza się do nakładania podkładu na całą twarz a także korektora pod oczy. Plusem jest kształt jajeczka z czubkiem, dotrzeć możemy do każdego zakamarka.


Czy ma jakieś minusy? Dla wielu zaporowa może być cena. W sklepie internetowy skąd moja pochodzi puderek.com.pl można ją kupić w kilku wersjach - KLIK - moja kosztuje 74,90zł a jej przydatność sugerowana przez producenta to 3 miesiące. Za taką cenę można kupić dobry jakościowo pędzel, który będzie nam służył lata ale z drugiej strony efekt jaki daje jest niepowtarzalny. Musimy pamiętać o myciu jej po każdym użyciu, najlepiej zaraz po nałożeniu podkładu gdy jeszcze w niej nie zastygnie. Z czasem może być odbarwiona, widziałam wiele filmików na YT gdzie dziewczyny ją rozkrajały po dłuższym czasie i w środku w dalszym ciągu była w świetnej kondycji.
 
Jakie jest moje zdanie - warto a może nie? Hmmm cóż dołączam się do miłośniczek tej magicznej gąbeczki. Owszem może i jest zbędna a nakładać podkład można dłońmi czy pędzlem ale jak się jej raz użyje to ciężko się bez niej obejść. Funduje nam cudowne wykończenie a samo nakładanie jest przyjemnością tylko... ta cena! Mogłaby być tańsza ale spodziewam się, że posłuży mi dłużej niż 3 miesiące bo nie nakładam podkładu codziennie.


A Wy co sądzicie o tego typu gadżetach do makijażu? Miałyście do czynienia z tą gąbeczką a może uważacie ją za zbędną?